czwartek, 24 lipca 2014

Urlop!

W końcu nadszedł! Upragniony, wyczekany i wytęskniony - urlop! Całe dwa tygodnie laby, kompletnego  nic-nie-robienia! Czas, by odpocząć, odprężyć się, zregenerować siły, naładować baterie, odstresować się, złapać oddech - różnie nazywany, ważne że już jest :) Swoje magiczne 10 dni podzieliłam na dwie części, gdyż sytuacja wymaga lawirowania między dwoma domami. Połowa za granicą kraju, bez dziecka, ale za to z mężem, i druga połowa - już w kraju, z obydwoma moimi chłopakami :)
Będąc u Michała odpoczywam - tak naprawdę odpoczywam! Od codziennego życia - biegania do pracy, zajmowania się domem, wychowywania Dziecka Chaosu :) Wstaję kiedy chcę, jem kiedy chcę (no dobra, czasem mąż zażyczy sobie wspólny posiłek), robię co chcę :) Ktoś mi kiedyś powiedział, że od bycia mamą nie ma urlopu - święta racja, ale zawsze jest jakieś "ale". Może to nie będzie zbyt poprawne politycznie, ale choćby dzieciątko było nie wiem jak kochane, słodkie i cudowne - chwila przerwy należy się każdemu. Ja właśnie z takiej chwili korzystam jak najmocniej i wiem już jedno - po powrocie będę miała więcej energii i zapału :)
Mąż już od jakiegoś czasu mieszka w niewielkim i klimatycznym miasteczku na północy Niemiec. Jest czysto, spokojnie, bardzo zielono. Wszędzie widać zadbane ogródki i malutkie domki z czerwonej cegły. Jednak co mi się najbardziej podoba - wszyscy tu jeżdżą na rowerach. Pisząc wszyscy - naprawdę mam na myśli wszystkich :) Małe berbecie jeżdżą w takich śmiesznych bryczkach, ciągnięte przez rodziców, zaś widok 80 letniej babci na wysłużonej holenderce nikogo tu nie dziwi :) Wszędzie są ścieżki rowerowe, na ulicach są wydzielone pobocza dla rowerzystów, nikt nie trąbi i nie wrzeszczy, cicho i spokojnie. Za pierwszym razem ciągle mnie to dziwiło - teraz już nieco się z tym oswoiłam i na spokojnie chłonę miasteczkowe klimaty. Zaniedługo wrzucę kilka zdjęć, żeby nie być gołosłowna, dziś jednak będę się chwalić :)  Jest tu kilka fajnych sklepów, z pierdołkami w moim typie, w których (wg męża) mogłabym spędzać całe godziny. Wyposażenie do domu, różnego rodzaju dekoracyjne dodatki, ozdobniki i kurzołapy. W końcu - cała masa przydasiów, bez których porządny "hendmejdowiec" się nie obejdzie :) Ceny są różne - można znaleźć naprawdę fajne tasiemki za grosze, ale na widok niektórych metek oczy wychodziły mi na wierzch! Niestety wiele zależy od zasobności portfela i cierpliwości męża :)

Tasiemki, tasiemki i jeszcze raz tasiemki!


Szary podobno najmodniejszy? :)

Pastelowe długopisy - szlag, musiałam je wrzucić do koszyka :)

Bajecznie kolorowe notesy...

 Filiżanka jumbo (w sam raz na dużą poranną kawę) i stempelek (w sam raz dla Hex) 

Za dwa dni wracamy do kraju, po drodze zahaczając o kuzynkę męża mieszkającą w Hamburgu. Mam adresy kilku sklepów z tkaninami, zobaczymy czy czas pozwoli wstąpić do któregoś z nich. Choćby po to, by nacieszyć oczy i porobić zdjęcia :)

                                                                      Buziaki,
                                                                        Paula

niedziela, 6 lipca 2014

Wrażenia po Dobrym Mieście

          Co by tu dużo mówić, było suuuper! :)  Choć dzień zaczął się dosyć nerwowo (standardowo - spóźnienie z mojej strony), to na resztę dnia wcale a wcale narzekać nie mogłyśmy.
         Cała impreza dotyczyła otwarcia zrewitalizowanych zabytkowych kamienic na dobromiejskim Przymurzu. Było uroczyste przecinanie wstęgi, były przemowy, różnego rodzaju występy, byli Czyści jak łza (z moją ulubioną piosenką o Grunwaldzie), jednym słowem - działo się dużo i bardzo fajnie. Główną atrakcją dnia była możliwość zobaczenia kilku odremontowanych kamieniczek, ale to nie wszystko! Wchodząc do poszczególnych budynków, przenosiło nas w czasie... Był piekarz, który na bieżąco wypiekał chleb i pyszne owsiane ciasteczka, można było zobaczyć jak przed kilkudziesięcioma laty wyglądały pracownie szewca i fotografa. W kamieniczce z dawnym salonem fryzjerskim podobno można było się ostrzyc na tamtejszą modłę, ale panie chyba nie znalazły odważnego :)
          Nas osobiście najbardziej zauroczyła - a jakże! - pracownia krawiecka. Dwie staruśkie maszyny do szycia na stolikach z kutego żelaza, wielka przepastna "babcina" szafa, stylowy manekin krawiecki - normalnie miodzio! Udało mi się nawet cichcem przewertować strasznie stare gazety dot. szycia, wyłożone gdzieś dyskretnie z boczku :)
          Niestety żadna z nas nie wpadła na to, by zrobić zdjęcia tym eksponatom. Może jak się uśmiechnę do Iwony to coś podrzuci? :)  Tak czy siak, wszystkie wnętrza robią spore wrażenie. Wielka dbałość o detale jest widoczna na każdym kroku, charakter każdego pomieszczenia został bezbłędnie oddany. Pięknie rzeźbione lusterko, nocny stolik o wygiętych nóżkach, koronkowa zasłonka w oknie, mały krzyżyk na ścianie, filigranowa buteleczka stojąca na szafce - to tylko nieliczne z wielu wieeeelu rzeczy, które cieszą oko. Niskie sufity, małe okna, nawet taki dość specyficzny zapaszek - wszystko to składa się razem na bardzo udaną całość. Dla starszych osób taka wycieczka może być miłego rodzaju wspomnieniem dawnych lat, zaś dla nas - tych nieco młodszych - bardzo dobrze pokazaną  historią bliską :)
           Już wspominana Iwona - moja pisapsióła jeszcze z czasów podyplomówki - załatwiła nam cudnej urody straganik. Zadaszony, solidnie zbudowany, świetny. No i po raz pierwszy wszystkie nasze pudła były dobrze schowane :)


                  Nasze stoisko nie powalało ilością wystawionych rzeczy, można powiedzieć że było skromnie :) Atmosfera podczas całej imprezy fantastyczna, z obu stron trafili się nam przemili sąsiedzi (tu pozdrowienia dla Pani od domowych pierniczków oraz dla zwariowanej Zielarki!). O dziwo, nawet pogoda dopisała: słonko świeciło, wiaterek znad Łyny przyjemnie chłodził. Zaglądali do nas przemili ludzie, można było sympatycznie porozmawiać i się pośmiać. Jedna sytuacja szczególnie wbiła mi się w pamięć - jak do naszego kramiku podeszła z mamą mała dziewczynka, chwyciła w rączki lalę szytą przez Agnieszkę (lala wyglądała jak miniaturka samej dziewczynki - to samo uczesanie, kolorowa sukieneczka) i już jej nie chciała puścić :) A jak się małej oczy świeciły z radości? Widok wart każdej pracy :)
              Trochę przydługo mi wyszło, więc już milknę :) Teraz będą tylko same zdjęcia :)

Tu wspomniane wyżej lale - jeszcze w komplecie :)










Pozdrawiam, 
Paula :)