Cała impreza dotyczyła otwarcia zrewitalizowanych zabytkowych kamienic na dobromiejskim Przymurzu. Było uroczyste przecinanie wstęgi, były przemowy, różnego rodzaju występy, byli Czyści jak łza (z moją ulubioną piosenką o Grunwaldzie), jednym słowem - działo się dużo i bardzo fajnie. Główną atrakcją dnia była możliwość zobaczenia kilku odremontowanych kamieniczek, ale to nie wszystko! Wchodząc do poszczególnych budynków, przenosiło nas w czasie... Był piekarz, który na bieżąco wypiekał chleb i pyszne owsiane ciasteczka, można było zobaczyć jak przed kilkudziesięcioma laty wyglądały pracownie szewca i fotografa. W kamieniczce z dawnym salonem fryzjerskim podobno można było się ostrzyc na tamtejszą modłę, ale panie chyba nie znalazły odważnego :)
Nas osobiście najbardziej zauroczyła - a jakże! - pracownia krawiecka. Dwie staruśkie maszyny do szycia na stolikach z kutego żelaza, wielka przepastna "babcina" szafa, stylowy manekin krawiecki - normalnie miodzio! Udało mi się nawet cichcem przewertować strasznie stare gazety dot. szycia, wyłożone gdzieś dyskretnie z boczku :)
Niestety żadna z nas nie wpadła na to, by zrobić zdjęcia tym eksponatom. Może jak się uśmiechnę do Iwony to coś podrzuci? :) Tak czy siak, wszystkie wnętrza robią spore wrażenie. Wielka dbałość o detale jest widoczna na każdym kroku, charakter każdego pomieszczenia został bezbłędnie oddany. Pięknie rzeźbione lusterko, nocny stolik o wygiętych nóżkach, koronkowa zasłonka w oknie, mały krzyżyk na ścianie, filigranowa buteleczka stojąca na szafce - to tylko nieliczne z wielu wieeeelu rzeczy, które cieszą oko. Niskie sufity, małe okna, nawet taki dość specyficzny zapaszek - wszystko to składa się razem na bardzo udaną całość. Dla starszych osób taka wycieczka może być miłego rodzaju wspomnieniem dawnych lat, zaś dla nas - tych nieco młodszych - bardzo dobrze pokazaną historią bliską :)
Już wspominana Iwona - moja pisapsióła jeszcze z czasów podyplomówki - załatwiła nam cudnej urody straganik. Zadaszony, solidnie zbudowany, świetny. No i po raz pierwszy wszystkie nasze pudła były dobrze schowane :)
Nasze stoisko nie powalało ilością wystawionych rzeczy, można powiedzieć że było skromnie :) Atmosfera podczas całej imprezy fantastyczna, z obu stron trafili się nam przemili sąsiedzi (tu pozdrowienia dla Pani od domowych pierniczków oraz dla zwariowanej Zielarki!). O dziwo, nawet pogoda dopisała: słonko świeciło, wiaterek znad Łyny przyjemnie chłodził. Zaglądali do nas przemili ludzie, można było sympatycznie porozmawiać i się pośmiać. Jedna sytuacja szczególnie wbiła mi się w pamięć - jak do naszego kramiku podeszła z mamą mała dziewczynka, chwyciła w rączki lalę szytą przez Agnieszkę (lala wyglądała jak miniaturka samej dziewczynki - to samo uczesanie, kolorowa sukieneczka) i już jej nie chciała puścić :) A jak się małej oczy świeciły z radości? Widok wart każdej pracy :)
Trochę przydługo mi wyszło, więc już milknę :) Teraz będą tylko same zdjęcia :)
Tu wspomniane wyżej lale - jeszcze w komplecie :)
Pozdrawiam,
Paula :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz