Ech, bez zbędnego marudzenia siadam i zabieram się do pisania. Na sam przód myśl wielce odkrywcza - jaki długo by nie trwał, urlop za szybko się skończył. Ani się człowiek obejrzał, a już trzeba było zaginać do pracy, z uśmiechem lub bez niego.
Jak wspominałam ostatnio, w drodze powrotnej do domu zahaczyliśmy o Hamburg i mieszkającą tam mężowską kuzynkę. Miałam przebiegły plan, że wyposażona w plan miasta, adresy sklepów i nieco gotówki (efekty bezustannego przymilania się do Małża :)) spędzę część dnia na pasmanteryjnych zakupach. Niestety, sprawdziło się pewne niewdzięczne powiedzonko: "jak chcesz rozśmieszyć Boga, powiedz Mu o swoich planach". Nie odwiedziłam żadnego sklepu z mojej listy. Nie kupiłam żadnego (!) skrawka materiału, nic, zero, null! Dlaczagoż? A dlategoż, że Małż nie mógł się nagadać z siostrą, a mnie samej głupio było wychodzić, zwłaszcza że ową kuzynkę może ze dwa razy na oczy wcześniej widziałam. Więc chcąc nie chcąc, siedzieliśmy i gadaliśmy, gadaliśmy, gadaliśmy. Był wypad do centrum handlowego, bo trafiliśmy na wyprzedaże, tam się przełaziło kilka godzin, i powrót do domu. W domu mnie poniewczasie tknęło, by się kuzynki zapytać o jakieś pobliskie pasmanterie, a ona na to, że w owym centrum, po którym się łaziło, jest coś takiego, na dodatek z materiałami! Ja w te pędy Małża pod ramię i hajda!, z powrotem do centrum. Ile żeśmy się naszukali tego to nawet nie wspomnę, bo wstyd. Grunt, że w końcu zmachani jak konie po westernie doczłapaliśmy się na ostatnie piętro centrum, a tam... raj dla moich oczu! Książki, prasa, materiały, artykuły pasmanteryjne do wyboru do koloru, włóczki, tasiemki, wełny, filce, wszystko o czym można tylko pomarzyć! (Uwaga, teraz będzie dużo wykrzykników:)) A zaraz na wstępie, tuż przy ruchomych schodach, były pięknie wyłożone tildowskie materiały! Mnóstwo bel z materiałami, które do tej pory mogłam podziwiać tylko w książkach! Ułożone kolorami! I tasiemki tildowskie, i specjalne włoski, widziałam nawet specjalnego szpikulca do robienia lalom oczu! Małż, jak tylko zobaczył moją minę (potem twierdził, że jak nawiedzona łaziłam, ale nie dawajcie temu wiary), od razu zajął strategiczne miejsce siedzące i z włączonym pasjansem na komórce czekał, aż mi przejdzie. Cóż, mogę tylko powiedzieć, że tyłek mu nieco zdrętwiał od tego siedzenia :D Obeszłam cały sklep, obejrzałam wszystko, wypatrzyłam i wybrałam dwie kolorowe bawełenki, a potem stanęłam przy tildach... i tu zaczął się robić mały zgrzyt. Hmmm, nie mogę wrócić do domu bez choćby jednego materiału, przecież muszę zdobyć coś dla siebie i dla drugiej Hexy - choćby skrawek materiału na kieckę. Stałam, oglądałam, wyciągałam, macałam, myślałam, dumałam, porównywałam, znowu oglądałam... Dużo tego było, naprawdę! Chyba sześć punktów, każdy z materiałami o innym odcieniu, a w każdym po kilkanaście-kilkadziesiąt bel materiałów! W końcu obrałam strategię - najpierw kolor, potem wzór. Tu mi trochę zeszło, bo beże przeurocze, niebieskości by do Frankowego pokoju pasowały, obok różowego nie dało się obojętnie przejść, a moje ulubione zielenie i mięty głośno wołały o uwagę. W końcu po burzliwych dywagacjach z wybranymi materiałami dziarsko i nie oglądając się za siebie ruszyłam szukać Małża, kiedy to ktoś do mnie zagadał, w ichnim języku. Ja ni w ząb, nicht verstehen kompletnie, szukam tej swojej drugiej połówki w nadziei na odsiecz, a tu wychodzi, że osobą do mnie zagadująca jest właścicielka sklepu. Z tego co zrozumieliśmy, było już 5 minut po zamknięciu centrum i prosiła nas o opuszczenie tego przybytku... Ja jak na meczu tenisa - to na kobitę, to na Małża, to na kurczowo ściskane w ręku materiały, i tak przez dobrą chwilę... że co? ale ja chcę je kupić! Kobieta kręci głową, rozkłada ręce, puka w zegarek. Ożesztyjednawrzyćkopana......... do domu kuzynki wracałam tak struta, że nawet teraz brak mi słów na opowiedzenie tego. Małż się śmiał, potem się droczył, ale widząc moją minę zbitego kundla chyba go coś ruszyło, bo zabrał mnie nawet na lody... miętowe... Ot, na pocieszenie :P
Jedyne co mi zostało, to kilka zdjęć z wnętrza sklepu. Niestety teraz dysponuję tylko jednym, bo jakieś licho czy cuś innego się uwzięło i w trakcie przenoszenia z telefonu na kompa gdzieś mi wcięło kilka folderów :/ Więc pokazuję to jedyne:
Piękne, prawda? ;)
Teraz z innej beczki.
Nieco przed wyjazdem do Polski wyszło tak jakoś, że będziemy musieli wracać na dwa auta. Ja naszym, Małż kolegi. Tu mały rajd za kulisy i mała prawda o mnie - posadźcie mnie w aucie, a po 10 minutach będę już spała i obudzę się na 5 minut przed celem podróży. Tak już mam, niekłopotliwy ze mnie pasażer. Więc na wieść, że będę sama jechać taki kawał drogi, ogarnęła mnie, delikatnie mówiąc, panika. Już widziałam, jak zasypiam za kółkiem, wbijam się pod tira i skręcam się jak harmonijka... a to były najłagodniejsze z moich wyobrażeń :P Ale co zrobić? Małż obiecał pomóc, więc jedziemy...
I pojechaliśmy. Niemcy się minęło prawie niezauważalnie, w końcu autostrady to dobra a przydatna rzecz, ale już w naszym kraju to szlag trafia człowieka. Kto gdziekolwiek podróżował ten wie, o czym mówię, więc nie będę tego szerzej komentować. Suma sumarum, udało się! Łącznie zrobiliśmy 5 postoi, w tym jeden dłuższy na śmieciowy obiad w Macu, więcej sama nie chciałam (?!). Dziwne, prawda? Jak już zaczęło się podróż, to najgorszą rzeczą (bynajmniej dla mnie) były... postoje. Wychodzi się z auta, ścina momentalnie z nóg, człowiekowi błędnik wariuje, nogi się plączą, ciało na boki się kiwa - koszmar. Pod koniec podróży standardowo doszły kłopoty z autem, jechaliśmy już na słowo honoru, że nic się nie sypnie, ale udało się! W sumie w głębi ducha nie wierzyłam, że dam radę, ale cóż... wyszło na jaw, że mam twarde cztery litery :] Przejechane 1200 km, a na mecie można było wkraść się po cichu do domu rodziców i położyć obok śpiącego słodko synusia :) Mina Franka rano na widok obojga rodziców - bezcenna! :)
Z buziakami
Paula
Edit: wyszło mi tej pisaniny koszmarnie dużo! Jeśli ktoś w połowie urwał zniechęcony, nie będę miała żalu - przed następnym postem muszę poćwiczyć pisanie, zwięźle i na temat :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz