Po przeprowadzce jedną z bardziej pilnych spraw do zorganizowania było znalezienie Frankowi towarzystwa. Żeby miał się z kim bawić, ganiać się i psocić. Żeby jak najbardziej zminimalizować przykre dla niego skutki zmiany otoczenia. Tylko jak na złość polskich chłopców w wieku 3-6 lat w okolicy po prostu zabrakło. Wtedy nieco zmądrzałam i hmm, "brałam jak leci"... :D Umawiałam się i spotykałam zarówno z polskimi, jak i niepolskimi matkami, i po cichu obserwowałam synka. Tu mnie mój mały zaskoczył, bo pomimo bariery językowej nie-do-przebycia najlepiej dogaduje się... z pół-Rosjanką i Brazylijczykiem :D Dla mnie - szok! :)
Ojciec Iry i mój Małż to kumple z pracy, więc od razu było jasne, że dzieci będą sobie zapewniały towarzystwo podczas wspólnych spotkań dorosłych. I mimo początkowych nieśmiałości, maluchy przypadły sobie do gustu :) Frankowi na tyle spodobała się nowa koleżanka, że gdy przypadkiem usłyszał o jej urodzinach, w te pędy przyleciał do mnie prosząc o zrobienie "plezenciku dla Ily" :) Po długich negocjacjach z synkiem doszliśmy do porozumienia - uszyję komplecik podobny do tego, który ma Franio. Wykorzystałam bardzo fajną szarą dresówkę w miętowe gwiazdki, która od spodu ma misia. I jak, może być? :)
buziaki
P.







Brak komentarzy:
Prześlij komentarz