Dzięki Bogu, wiosna idzie! Już po kokardę mam ciemności zapadających po godz. 15, ciężkich jak cholera zimowych kurtek i korytarza zawalonego butami, czapkami, rękawiczkami, szalikami, kominami... Przyszła pora na szeroko otwarte okna i parapet zastawiony kwitnącymi roślinami.
W tym roku na punkcie świeżych kwiatów dostałam małego bzika - rzadko kiedy wracam z tygodniowych zakupów bez choćby najmniejszej doniczuni z hiacyntem, krokusem czy innym wiosennym kwieciem. Sadzę je potem po kilka w większej płaskiej misie i "włala" - wiosenny akcencik pierwsza klasa! :) Jedynym minusem takich kompozycji jest wzmożone zainteresowanie nimi mojego synka - chodzi, zagląda, dotyka, tu coś skubnie, tam coś urwie. Kilka kwiatków w tak nieszczęsny sposób skróciło swój żywot - bo mocniej pociągnięty kwiatek nie wiedzieć czemu wyskoczył od razu z korzonkami! Poszliśmy więc z synkiem na kompromis - on zostawi mamusi kwiatki w spokoju, a mamusia za to da mu kwiatki, które będzie mógł do woli oglądać i układać na parapecie w swoim pokoju. Tym oto sposobem wilk syty i owieczka cała :)
Jak na pierwszy raz nie wyglądają źle, mogłam się tylko zabrać za szycie z bardziej chłopięcych kolorków - te czerwone jakoś średnio pasują do Frankowego pokoju. Ale to nic - będzie powód, by jeszcze raz zasiąść do maszyny :)
Coraz cieplejszych dni życzę i sobie, i Wam!
P.


