Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Frankowo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Frankowo. Pokaż wszystkie posty

środa, 2 listopada 2016

Prawie-zimowy komplet

          Ostatni post mnie samej po czasie zaczął zalatywać grafomanią, więc dziś ograniczę słowo pisane do minimum :)
          Uszyłam synkowi komplecik, takie prawie-zimowy. Czemu prawie? Bo u nas takie zimy są, że bardziej przypominają zimną jesień niż ciepłą zimę, o ile śnieg się w ogóle pojawi... Synek zobaczył materiał, synek poprosił, mama siadła i uszyła. Nie kłamiąc - zajęło mi to wszystko z 40 min, z jednoczesną produkcją i konsumpcją herbatki z miodem :) Materiał to dresówka drapana (z misiem od spodu), nie pamiętam już gdzie kupiony, ale na bank upolowałam jakąś 40-cm resztówkę - na jeden komplet wyszło idealnie!

          I czas na zdjęcia...


Jeszcze zoom na wzorek :)

I dwie fotki na modelu. Niestety pozy były w koncepcji "na złodzieja", z kominem po same oczy - inaczej się nie dało :)
Jedna z boku...

...i z przodu :)

Pozdrawiam cieplutko
P.

środa, 19 października 2016

Historia pingwina - zimowego zwierzaka, która wydarzyła się latem a opisana została jesienią...

                Długo, oj długo siedziałam nad tytułem niniejszego posta. Miało być ciekawie, nieco intrygująco, odrobinkę zabawnie, ale i z polotem... Siedziałam i dumałam, aż w końcu przemęczona wiecznie gadającym dzieckiem, paskudną pogodą za oknem i -entą tego dnia stygnącą w kubku herbatą machnęłam ręką! A co tam, krócej się już nie dało :)
                Dziś nieco przydługa historyjka o tytułowym pingwinku :) Na początku sierpnia przedszkole synka zamykało swe podwoje na okres wakacji (łaaaał, całe trzy tygodnie!). Nie miałam wtedy zielonego pojęcia, jak ten ostatni dzień będzie wyglądać, bo w sumie mieliśmy go "przeżywać" pierwszy raz, ale stwierdziłam, że zrobimy go "po naszemu". Czyli jak? A tak, że ubiorę go na niby-na-galowo (żegnajcie codzienne dresiki!) i mały wręczy swoim paniom jakieś małe conieco.
                 Pewnych kłopotów nastręczały mi te małe prezenty. W polskim przedszkolu pani dostaje zwykle kwiatka lub czekoladkę, tutaj nie wydawało mi się to jednak tak oczywiste... I jak to ugryźć, by z jednej strony nie przedobrzyć, z drugiej coś jednak podarować, a z trzeciej należycie podziękować przedszkolankom za opiekę nad Frankiem przez cały rok? Który, nawiasem mówiąc, był cholernie dla niego trudny - nowy dom, nowe przedszkole, nowi koledzy, a jakby było mało - zupełnie obcy język! Te kobiety naprawdę się napracowały, by Franek jak najmniej boleśnie przeżył całe to zamieszanie, a efekty ich pracy widać już dziś - mały chętnie chodzi do przedszkola, jak na swój wiek bardzo ładnie już "szprecha", a wisienką na torcie była ostatnia sytuacja, gdy z głośnym oburzeniem zapytał, dlaczego on musi wracać do domu tak szybko, skoro jego koledzy zostają się w przedszkolu dłużej?? :)  I choć początki nie były różowe, oj niee, to naprawdę doceniam pracę tych dziewczyn i wiem, ile trudu kosztowało je zajęcie się nierozumiejącym niczego chłopcem.
                   I o ile nie miałam wtedy jeszcze konkretnego pomysły na prezenciki dla tych pań, to na coś innego wpadłam już sporo wcześniej. Przedszkole synka nosi nazwę Pingwin (taaaak, wiem, śmiesznie) i nazwa każdej grupy to odmiany tego zwierzaka :) W wejściu i głównym holu jest mnóstwo przedmiotów przedstawiających pingwiny - wielki patchwork zajmujący całą ścianę z całym mnóstwem malutkich pingwinków, figurki tych zwierzaków (porcelanowe, szklane, pluszane itp), książeczki z pingwinami w rolach głównych, kubeczki, obrazki i wiele, wiele innych. Raz stojąc tam i czekając na Franka, któremu ciężko było kończyć zabawę, dokładnie sobie obejrzałam całą tą menażerię. I doszło do mnie, że jednego pingwina tam brakuje - nie było żadnego zrobionego na szydełku!!! Oj, to znak z góry dla mnie! :)  Oprócz jakiś drobiazgów dla swoich pań Franek podaruje też coś od siebie/od nas całemu przedszkolu - powiedzmy, że na wieczną rzeczy pamiątkę ;)
                Z gotowym pomysłem reszta poszła w miarę szybko. Znalezienie wzoru - minutka (korzystałam z tego), zrobienie zwierzaka - nieco dłużej, ale bez żadnych niespodzianek. Wzór rewelacyjnie rozpisany, zdjęcia bardzo ułatwiają robotę, no i nauczyłam się w końcu robić paluszki :) (bądź popcorn, bądź bobble). Robiony szydełkiem nr 3, włóczka to chyba Yarn Art Jeans. Chciałam by pingwinek miał nieco przechyloną główkę, tak jak dzieci które zadają pytania, ale nie wiem, czy ostatecznie dobrze to widać... Zrezygnowałam jedynie z czapki, zastępując ją wiązaną pod szyją małą kokardą. Pluszaka zapakujemy w celofan, damy wstążki i właaaala! - ozdoba przedszkolnej kolekcji gotowa! Zdjęcia, jak to u mnie, zawsze robione w biegu, bo dosłownie tuż przed zapakowaniem w folię.

                 I całe szczęście, że wtedy w miarę szybko ogarnęłam pingwina do końca! Niby na korytarzu wisiała karteczka z datą wakacyjnej przerwy... niby zapisałam sobie tę datę w pamięci... ale żeby zajrzeć do kalendarza i sprawdzić jaki to dokładnie dzień - o nie, na to już nie wpadłam! Więc idę sobie na luzie po swojego chłopca, nieco się dziwię czemu tak mało dzieci, rozglądam się po tych ciut pustych korytarzach... Coś mi zaczęło nie pasować dopiero wtedy, jak wszystkie kobitki zaczęły po kolei ściskać Franka... Halo, ale o co chodzi? Szybki w tył zwrot i pędzę przeczytać jeszcze raz ulotkę, wyszarpuję z czeluści torebki telefon, sprawdzam datę i o matko! Pochrzaniły mi się dni! Ostatni dzień jest dziś, nie jutro! Wracam po synka, lecimy jak wariaty do auta i dawaj do domu! Dziękowałam po drodze swemu aniołowi stróżowi, że wbrew wrodzonemu "zrobi-się-jutro" pingwin leży zapakowany i czeka! Jeszcze tylko szybki nalot na supermarket, bez zbytniego przyglądania się bukiecikom złapałam kilka sztuk i wracamy do przedszkola! Mały zdezorientowany, ja z obłędem w oczach, ale się udało - panie na szczęście nie zdążyły nam uciec i wszystkie prezenciki zostały wręczone. Gdy ja ukradkiem ocierałam spocone czoło, Franek po raz drugi zbierał buziaki - cóż, jakaś kindersztuba być musi, za trud w wychowanie trzeba podziękować, choćby nawet biednie wyglądającym i nieco uschniętym badylkiem :) Jedna z przedszkolanek złapała nas jeszcze przed samym wyjściem i dziękując powiedziała, że pierwszy raz dostała na "koniec nauki" kwiatek od dziecka! Hę? Wiedziałam, ze tu jest nieco dziwnie, ale żeby aż tak???? I mimo tego, że moje plany swoje, a życie swoje, wszystko się dobrze skończyło :)
                   I żebyście tylko nie myśleli, że ze mnie taka skończona niemota - ostatni dzień przedszkola był w... czwartek! No kto mądry robi takie coś? :)

buziaki
P.


Jeśli przebrnęliście przez tekst bez jednego ziewnięcia, to w nagrodę - zdjęcia :)  Zapraszam! :) Chwilowo bez logo - kompik wrócił z gruntownego czyszczenia i jeszcze nie ogarnęłam swoich komputerowych śmieci :)

Profilowe z jednej strony...

... i z drugiej

Tu teoretycznie przechylam główkę...

...a tu podpieram się uroczym kuperkiem :)

Jedna fotka z lotu ptaka...

Rzut okiem na me słodkie paluszki :)

Puszczam oczko na do-widzenia i zmykam! :) Baj-baj!


wtorek, 22 marca 2016

Wiosna!

                  Dzięki Bogu, wiosna idzie! Już po kokardę mam ciemności zapadających po godz. 15, ciężkich jak cholera zimowych kurtek i korytarza zawalonego butami, czapkami, rękawiczkami, szalikami, kominami... Przyszła pora na szeroko otwarte okna i parapet zastawiony kwitnącymi roślinami. 
                W tym roku na punkcie świeżych kwiatów dostałam małego bzika - rzadko kiedy wracam z tygodniowych zakupów bez choćby najmniejszej doniczuni z hiacyntem, krokusem czy innym wiosennym kwieciem. Sadzę je potem po kilka w większej płaskiej misie i "włala" - wiosenny akcencik pierwsza klasa! :)  Jedynym minusem takich kompozycji jest wzmożone zainteresowanie nimi mojego synka - chodzi, zagląda, dotyka, tu coś skubnie, tam coś urwie. Kilka kwiatków w tak nieszczęsny sposób skróciło swój żywot - bo mocniej pociągnięty kwiatek nie wiedzieć czemu wyskoczył od razu z korzonkami! Poszliśmy więc z synkiem na kompromis - on zostawi mamusi kwiatki w spokoju, a mamusia za to da mu kwiatki, które będzie mógł do woli oglądać i układać na parapecie w swoim pokoju. Tym oto sposobem wilk syty i owieczka cała :)




       Jak na pierwszy raz nie wyglądają źle, mogłam się tylko zabrać za szycie z bardziej chłopięcych kolorków - te czerwone jakoś średnio pasują do Frankowego pokoju. Ale to nic - będzie powód, by jeszcze raz zasiąść do maszyny :)

Coraz cieplejszych dni życzę i sobie, i Wam!
P.

środa, 30 września 2015

Muszka, której nie było...

... a na gwałt potrzebna była!  
               W pierwszy słoneczno-deszczowy weekend września cała nasza fimilija wybierała się na wesele. O ile moja kreacja była skompletowana, małża jako-tako też, o tyle z Frankiem był kłopot. A czemuż? A ze względu na nieprzewidywaną pogodę właśnie. Najmłodszy dostał dwa wyjściowe komplety: jeden na słońce, drugi na deszcz. Wisiały sobie tak na wieszaczkach, wisiały, ale matce ciągle się wydawało, że czegoś brakuje, tej przysłowiowej wisienki na torcie. Co by tu jeszcze dodać, żeby wszystkim ciotkom serce mocniej zabiło na widok naszego najmłodszego? I wtedy, kilka godzin przed wielkim wyjazdem, w głowie matki rozległo się wielkie "pstryk"! :D  Teściowa pod ręką była, z kolorem szybko doradziła, wujek "gugyl" posłużył pomocą i podsunął link do Skrzydlatej chatki, gdzie wszystko pięknie wytłumaczone i jest! udało się! 
               Niestety zdjęć na modelu nie posiadam, gdyż jako zapalona amatorka fotografii wszelakiej ( z naciskiem na rodzinną) nie zabrałam na wesele aparatu :|  Żeby więc nie świecić oczyma i uwierzytelnić tekst powyższy, przedkładam Wam zdjęcia rzeczonej muszki "saute"  :)



 j




Miłego dnia!
P.

sobota, 30 sierpnia 2014

Przy okazji porządków...

... w komputerowych plikach znalazłam folder ze zdjęciami kołderki, którą chciałam uszyć dla swego dziecia. I dobrze się stało, bo projekt ów całkowicie wyleciał mi z głowy! Tu na razie faza kombinowania, przymiarek i dobierania materiałów :)





Przy pierwszej nadarzającej się okazji wyciągam materiały z szafy i kończę projekt, nie ma bata!  ;]