Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szydełko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szydełko. Pokaż wszystkie posty

środa, 14 lutego 2018

Serducho

         Kiedy można się bezkarnie pochwalić różowymi serduchami, jak nie w walentynki? Doskonała okazja, prawda? :D
         Więc, ekhem ekhem, niniejszym się chwalę :) Poducha wydziergana jeszcze w starym roku, od dawna już w użytku (o ile można to nazwać użytkiem - leży sobie i nieźle na fotelu wygląda), zdjęcia też musiały swoje odczekać. Ale wiadomo - co się odwlecze...  :)
         Podusia robiona z włóczki Himalaya Dolphin, szydełkiem nr 4, stanowi niejako komplet do tego serducha. Schemat serca jest ogólnodostępny w internecie, całą sprawę robią w nim popcorny, czyli te wystające kuleczki. Podusia jest niezbyt duża, bok ma ok 30 cm, z małą falbanką dookoła, zużyłam na nią cały motek. Długo się zastanawiałam nad tyłem, aż w końcu zrobiłam go z polaru minky - całość jest przyszyta ręcznie, bez możliwości wyciągania środka. W internecie znalazłam info, że Dolphin dobrze znosi pranie, ale póki co jeszcze tego nie sprawdziłam :) Nie jest też mocno wypchana, to raczej taki naleśnik, tak akurat pod małą dziecięcą główkę.

        Tu w trakcie pracy, z małym pomocnikiem w tle :)


       Tu już w pełnej krasie...

  



Pozdrawiam i ściskam!
P.

poniedziałek, 18 grudnia 2017

Najbardziej rozczulający widok na świecie

                Niech mi ktoś powie, że istnieje coś piękniejszego niż widok malutkich dziecięcych stópek. No nie ma czegoś takiego, serio! Zdanie mego Małża się nie liczy - u niego wzruszenie wywołują nie te wszystkie śliczne malutkie paluszki, a nowe felgi wiszące na garażowej ścianie - ot, proza życia!
                 Ilekroć moja malutka podczas snu wystawi nóżkę poza łóżeczko, nie ma bata! nie przejdę obok niej obojętnie :) Trzeba się zatrzymać, powzruszać, nazachwycać, rozczulić i powzdychać, a dopiero po tym wszystkim można wrócić do dalszych obowiązków. Kiedy więc dwie moje najbliższe przyjaciółki zostały prawie w tym samym czasie mamami (jedna mamą mamą, druga mamą chrzestną), od razu wiedziałam co im się spodoba :) Bo przecież nie ma bardziej wzruszającej rzeczy niż te małe stópki, prawda? :)





             
           Stópki dziergało się bardzo przyjemnie - jedynie paluszki miały dziwną tendencję do gubienia się podczas pracy :) Szara to 100% bawełna, niebieska - resztka YarnArt Jeansu. Wyszły całkiem sporawe, wystarczy spojrzeć na zdjęcie, gdzie leżą na dłoni - całkiem konkretny brelok :) Wzór wygrzebałam wieku temu, darmowy, tylko trzeba rozszyfrować bo krzaczkami pisany.

do następnego!
P.

środa, 6 grudnia 2017

O psince, co marzenia miała...

...i Kota w Butach ze "Shreka" wygryźć chciała!

        Nooo, w mojej opinii Kot miałby poważną konkurencję :) Wystarczy głęboko spojrzeć w te niewinne oczęta i człowiek jest gotów spełnić każdą prośbę czy zachciankę tej psinki  :)
        Psiak jest drugą szydełkową przytulanką w mojej karierze. Pamiętacie królisię? Coś w sobie mają te zabawki, że nie mogę im się oprzeć :)




           
              Wzór to zwykły kwadrat babuni, robiony szydełkiem nr 2.5,  naprzemiennie 3 kolorami włóczki Nako Baby - Ninni Bebe. To akryl z przeznaczeniem głównie na dziecięce produkty, jest mięciutki i nie mechaci się. Kocyk zrobiłam tym razem ciut większy, z tego co pamiętam to bok miał bodajże trzydzieści/czterdzieści cm.
              Psinka poleciała do pewnego malutkiego słodkiego chłopczyka imam nadzieję, że stanie się jego wiernym towarzyszem zabaw :)

Pozdrawiam cieplutko!
P.

poniedziałek, 20 listopada 2017

Były sobie czapki trzy...

... i gęsiego sobie szły!
Pierwsza z przodu, w środku druga,
Trzecia z tyłu oczkiem mruga.
I tak sobie czapki trzy,
raz, dwa, raz, dwa,
na imprezę szły!

           Już od jakiegoś czasu łaziła za mną czapka. I to czapka nie-byle-jaka. Ręcznie szydełkowana, pstrokata, musowo z pomponem. I to dużym. Wpadła mi kiedyś w oko i pozbyć się skubanej nie mogłam. I tak siedziała mi w głowie, myśli zawracała, aż nadszedł dzień, w którym Małż mój szanowny zabrał mnie na zakupy i tam przypadkiem moim oczom ukazały się... ONE!

          Wzięłam skromnie tylko po jednym moteczku. W domu od razu dwie poszły w kąt, a z trzecią  rozsiadłam się jak basza na kanapie oznajmiając rodzinie, że przez godzinę chcę mieć święty spokój. I zaczęłam. Po dwóch dniach skończyłam. W międzyczasie poleciałam po kolejne motki, bo (oczywiście!) zmieniła mi się koncepcja.
          I tak zamiast jednej wymarzonej czapki dla mnie, powstały trzy - dla mnie i dzieci moich kochanych. Nie byłabym sobą, gdybym nie dorobiła krótkiej tej historii całej otoczki - otóż zaplanowałam naszej trójce, w naszych nowych pięknych czapkach, wielkie wyjście. Na imprezę. Co prawda była to przedszkolna impreza, ale impreza to impreza :)  I już oczami wyobraźni widziałam, jak uroczo sobie we trójkę maszerujemy, kiwając radośnie głowami obleczonymi w cud urody czapeczki, gdyby nie jedna sprawa - nie wzięłam pod uwagę tutejszej zasranej pip pip pip pogody! Maryśce pompon nie wlazł po kaptur, więc czapkę musiałam jej zdjąć. Franek po szaleńczej gonitwie z kolegami zgubił czapkę, która zaniedługo znalazła się... w największej kałuży na placu. Ostałam się  sama i mimo wichury prawie łeb urywającej dzielnie trzymałam głowę wysoko. Cóż, chciałam dobrze. Wytrzymałam może z 5 minut, po czym śladem córci czapka poszła precz, a ja szczelnie opatuliłam się kapturem. Następnego wyjścia w czapach już nie planuję, leżą sobie grzecznie w szufladzie i czekają lepszych czasów :)




               Teraz konkrety - włóczka bardzo fajna, 100% akryl, gruba, skręcona w dwóch nitek - szarej i tęczowej. Robiłam ze słupków podwójnie nawijanych, szydełkiem nr 4. Największa i najmniejsza są dopasowane, średnia nieco dłuższa. Pompony wyszły nieco mniejsze niż chciałam, ale na tyle akurat starczyły 2 motki. 

             Tu jeszcze zoom na splot i te przepiękne kolory :) 

Pozdrawiam cieplutko, 
P.

niedziela, 12 listopada 2017

Czarna Owca i Spółka

             Zrobione już dawno, będzie z niecały rok temu, według popularnego wówczas wzoru ze strony Szydłaki Cudaki. Bardzo przyjemnie się robiło, wzór nie należy do trudnych, no i Karolina opisała wszystko super dokładnie :)






               Futerko różowej owieczki zostało zrobione z polecanej na stronie włóczki Himalaya Dolphin, natomiast dwie pozostałe to włóczka z moich zapasów - nieco włochata, z krótkimi włoskami super imitującymi sierść :)
               Prawda że są słodkie? Choć od jakiegoś czasu lubuję się w pastelowych barwach, tak tu moim ulubieńcem została Czarna Owca :D

              I Spółka w komplecie :)




pozdro!
P.

środa, 25 października 2017

Coś dla książkoholika

              Co można sprezentować młodej, przebojowej kobiecie, która tak łączy pracę z pasją sprawiając, że połowa jej świata kręci się wokół książek? Żeby było niewielkie, nieco nieoczywiste, ale chwytające za serce i mówiące: "To jest specjalnie dla ciebie"? Trochę czasu nad tym dumałam, aż wydumałam! Podaruję jej... SZCZURA !
              Mój gryzoń jest z gatunku tych spokojnych: nie gryzie kabli, nie straszy po nocach przemykając cichaczem z kąta w kąt, nie wywołuje palpitacji serca swym (nie przez wszystkich lubianych) wyglądem... Mogłabym nawet pokusić się o stwierdzenie, że jest istotą pomocną - potrafi zapamiętać, gdzie się skończyło czytać, a jedno głębokie spojrzenie w jego oczyska wystarczy, by w środku nocy zamknąć książkę bez zbędnego obiecywania sobie, że tylko jeszcze jeden rozdział i idziemy spać...
              Co do fizjonomii tego szczurka - cóż, szczur jak szczur, każdy widzi jaki jest. Mój z reszty szczurzej braci może wyróżniać się jedynie tym, że ma dosyć mięciutkie futerko, śmieszne różowe rozcapierzone łapki i na maxa zakręcony ogon. Nie grzeszy tężyzną fizyczną, jest raczej szczupły... albo płaski? Jedynie oczyska ma niezwykłe: ten mętny i nieco rozbiegany wzrok mógłby robić na demotywatorach za ilustrację tygodniowego kaca!
              Przyjaciółka na widok szczurka zareagowała piskiem... cóż, ja na jej miejscu zrobiłabym chyba to samo... Pozostaje mi jedynie żywić nadzieję, że jakoś się między sobą dogadają...  :)

              Więc teraz, bez zbędnych ceregieli, pozostaje jedynie prezentacja. Taaadaaaam!








:)  :)  :)


Pozdrawiam!
P.

piątek, 22 września 2017

Malinowy "szyjogrzej"

                   Mogłabym teraz ładnie napisać, że to nasza jesienna aura natchnęła mnie do zrobienia prezentowanej tu robótki. Że to piękna polska złota jesień sprawiła, że nagle zachciałam powiększyć swoją garderobę o nową rzecz. Że barwy jesiennych odmian malin skierowały me myśli w kierunku koloru, wokół którego niegdyś przechodziłam obojętnie. Mogłabym tak ładnie napisać, ale... cóż, napisać tak nie mogę, gdyż rozminęłabym się wtedy z prawdą, i to całkiem sporo!
                  Powód był dużo bardziej prozaiczny - przekopując się przez karton pełen kłębków w poszukiwaniu koloru do kolejnego projektu, natknęłam się przypadkiem na bardzo mięciutką, grubą włóczkę. I jak tylko raz jej dotknęłam, to wypuścić z ręki już nie mogłam :) Miziałam ją i miziałam, cały czas intensywnie myśląc, jak by ją ciekawie wykorzystać (bo oczywiście wspomniany wyżej projekt poszedł nagle w zapomnienie!). Chciałam spróbować czegoś nowego, wybór padł na technikę zwaną arm crochet - to rodzaj szydełkowania, tyle że zamiast szydełka używamy własnych rąk :)  Swój komin zrobiłam w jeden wieczór, podczas oglądania filmu, i powiem szczerze - po kilku okrążeniach palce już niemal same robiły swoją robotę, pozwalając oczom skupić się na migających obrazkach w tivi :)

             
                 Co do rodzaju włóczki to za Chiny Ludowe nie powiem wam, co to za cudo - jest mega miękka i delikatna w dotyku, z krótkim meszkiem. Brak banderolki sprawia, że mogę tylko się domyślać jakiejś mieszanki wełny i moheru. Gotowy komin założony na szyję cudownie grzeje, jest idealny na naszą aktualną wietrzną pogodę.
             



                Splot jest baardzo elastyczny, nie deformuje się. Komin łatwo się układa, można go spokojnie rozciągać wzdłuż i wszerz.
                I poniżej mała "stylóweczka", by pokazać komin w całej okazałości :)




              Niestety mój telefon za cholerę nie mógł uchwycić koloru, najbardziej zbliżony wyszedł na zdjęciu poniżej - coś pomiędzy ciemną maliną a bordo.


                  Tu jest filmik, według którego robiłam. Kilka razy musiałam sobie cofać, by zakumać o co chodzi, ale ogólnie wszystko jest pokazane bardzo dobrze.

Buziaki!
P.

piątek, 25 sierpnia 2017

Znowu róż, znowu brelok ;]

Cóż, tytuł mówi wszystko :)
                 Choć nie, czekajcie! Króliczek był robiony z tego wzoru i w oryginale wcale nie jest brelokiem, a maskotką normalnej wielkości. Jednak z racji tego, że użyłam jakiejś włóczki z zapasów, bez banderolki i dosyć cienkiej, wyszła mi taka oto miniaturka ;)
                 Robiło się dosyć długo, jeszcze dłużej zszywało, ale efekt mam nadzieję jest :) Wg schematu króliś miał trzymać w łapkach pączka, ja zamieniłam go na serduszko. Mam jeszcze w pudle kilka bezimiennych motków o podobnej grubości i może, może kiedyś jeszcze go powtórzę :)



               
               Breloczek powędrował do pewnej bardzo sympatycznej Oli - Rosjanki, mamy najlepszej koleżanki mojego synka, która niestety z całą rodziną musiała się przeprowadzić. Mam nadzieję, że ten drobiazg będzie jej przypominał o naszej rodzinie i wspólnie spędzonych chwilach :)

Pozdrawiam
P.

wtorek, 11 lipca 2017

Szydełkowa przytulanka

           W momencie, kiedy było pewne na 99%, że rodzina powiększy się o dziewczynkę, utworzyłam sobie na pulpicie laptopa folder, w którym zapisywałam wszystkie nieznośnie różowe pomysły i inspiracje. Część z nich dotyczyła wystroju pokoiku małej dziewuszki, część stanowiły prześliczne sukieneczki z pierdyliardem falbanek, a jeszcze jedna część (o ile nie największa!) to były zabawki diy - szyte i szydełkowane. O ile możliwości lokalowe i finansowe nie pozwalały na szaleństwa w urządzaniu pokoju, a szycie sukieneczek odstawiłam do czasu, aż moja zacznie być bardziej mobilna, to zabawek uczepiłam się z radością rzepa, który trafił na psi ogon :) Jedne pomysły już zrealizowałam, inne czekają jeszcze na swoją kolej.
         Jedną z pierwszych zrobionych przeze mnie rzeczy był szydełkowy kocyk-przytulanka, który mnie absolutnie od samego początku oczarował! Oczami wyobraźni już widziałam, jak moja malutka tuli tą szmatkę do swej pulchniutkiej piersi, jak słodko z nią zasypia, jak macha nią na spacerze w wózku, a zachwyceni zabawką przechodnie wypytują się o autorkę tak wspaniałego dzieła... Phii, akurat, gdzie tam! Przytulanka wyszła mi pięknie, to muszę nieskromnie napisać, ale mojej małej lata ona koło... no wiecie gdzie :) Raz wzięła do rączki, pomemłała i zabawka poleciała w kąt. Podejmowałam jeszcze kilka prób, by się nią zainteresowała, ale skutek jest taki, że królisia siedzi na regale z książkami :) A pierwsza gorzka lekcja pt.: "Ambicje matki a szara rzeczywistość" już za mną :D :D
          I trochę danych technicznych. Przytulankę robiłam mieszanką bawełny i akrylu, szydełkiem nr3. Włóczkę kupiłam przez przypadek w jednym z marketów, spodobały mi się w niej przejścia kolorów - dziewczęce, słodkie, ale nie mdłe :) Wzór na kocyk w kształcie gwiazdki jest tutaj . W oryginale jest głowa batmana, ja swoją robiłam metodą "na oko", inspirując się zdjęciem innej zabawki :) Sam opis wzoru jest na tyle fajny, że ma dwie wersje: obrazkową i pisaną. Gwiazdki dużej nie robiłam, średnica ma ok. 35 cm, a mikro pomponiki na końcach ramion to już moja fanaberia :)

          Tak się robiło...

          Teraz oceńcie proszę, czy słusznie się chwaliłam ;)








Buziaki
P.