W pierwszy słoneczno-deszczowy weekend września cała nasza fimilija wybierała się na wesele. O ile moja kreacja była skompletowana, małża jako-tako też, o tyle z Frankiem był kłopot. A czemuż? A ze względu na nieprzewidywaną pogodę właśnie. Najmłodszy dostał dwa wyjściowe komplety: jeden na słońce, drugi na deszcz. Wisiały sobie tak na wieszaczkach, wisiały, ale matce ciągle się wydawało, że czegoś brakuje, tej przysłowiowej wisienki na torcie. Co by tu jeszcze dodać, żeby wszystkim ciotkom serce mocniej zabiło na widok naszego najmłodszego? I wtedy, kilka godzin przed wielkim wyjazdem, w głowie matki rozległo się wielkie "pstryk"! :D Teściowa pod ręką była, z kolorem szybko doradziła, wujek "gugyl" posłużył pomocą i podsunął link do Skrzydlatej chatki, gdzie wszystko pięknie wytłumaczone i jest! udało się!
Niestety zdjęć na modelu nie posiadam, gdyż jako zapalona amatorka fotografii wszelakiej ( z naciskiem na rodzinną) nie zabrałam na wesele aparatu :| Żeby więc nie świecić oczyma i uwierzytelnić tekst powyższy, przedkładam Wam zdjęcia rzeczonej muszki "saute" :)
j
Miłego dnia!
P.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz