Powód był dużo bardziej prozaiczny - przekopując się przez karton pełen kłębków w poszukiwaniu koloru do kolejnego projektu, natknęłam się przypadkiem na bardzo mięciutką, grubą włóczkę. I jak tylko raz jej dotknęłam, to wypuścić z ręki już nie mogłam :) Miziałam ją i miziałam, cały czas intensywnie myśląc, jak by ją ciekawie wykorzystać (bo oczywiście wspomniany wyżej projekt poszedł nagle w zapomnienie!). Chciałam spróbować czegoś nowego, wybór padł na technikę zwaną arm crochet - to rodzaj szydełkowania, tyle że zamiast szydełka używamy własnych rąk :) Swój komin zrobiłam w jeden wieczór, podczas oglądania filmu, i powiem szczerze - po kilku okrążeniach palce już niemal same robiły swoją robotę, pozwalając oczom skupić się na migających obrazkach w tivi :)
Co do rodzaju włóczki to za Chiny Ludowe nie powiem wam, co to za cudo - jest mega miękka i delikatna w dotyku, z krótkim meszkiem. Brak banderolki sprawia, że mogę tylko się domyślać jakiejś mieszanki wełny i moheru. Gotowy komin założony na szyję cudownie grzeje, jest idealny na naszą aktualną wietrzną pogodę.
Splot jest baardzo elastyczny, nie deformuje się. Komin łatwo się układa, można go spokojnie rozciągać wzdłuż i wszerz.
I poniżej mała "stylóweczka", by pokazać komin w całej okazałości :)
Niestety mój telefon za cholerę nie mógł uchwycić koloru, najbardziej zbliżony wyszedł na zdjęciu poniżej - coś pomiędzy ciemną maliną a bordo.
Tu jest filmik, według którego robiłam. Kilka razy musiałam sobie cofać, by zakumać o co chodzi, ale ogólnie wszystko jest pokazane bardzo dobrze.
Buziaki!
P.







