Długo, oj długo siedziałam nad tytułem niniejszego posta. Miało być ciekawie, nieco intrygująco, odrobinkę zabawnie, ale i z polotem... Siedziałam i dumałam, aż w końcu przemęczona wiecznie gadającym dzieckiem, paskudną pogodą za oknem i -entą tego dnia stygnącą w kubku herbatą machnęłam ręką! A co tam, krócej się już nie dało :)
Dziś nieco przydługa historyjka o tytułowym pingwinku :) Na początku sierpnia przedszkole synka zamykało swe podwoje na okres wakacji (łaaaał, całe trzy tygodnie!). Nie miałam wtedy zielonego pojęcia, jak ten ostatni dzień będzie wyglądać, bo w sumie mieliśmy go "przeżywać" pierwszy raz, ale stwierdziłam, że zrobimy go "po naszemu". Czyli jak? A tak, że ubiorę go na niby-na-galowo (żegnajcie codzienne dresiki!) i mały wręczy swoim paniom jakieś małe conieco.
Pewnych kłopotów nastręczały mi te małe prezenty. W polskim przedszkolu pani dostaje zwykle kwiatka lub czekoladkę, tutaj nie wydawało mi się to jednak tak oczywiste... I jak to ugryźć, by z jednej strony nie przedobrzyć, z drugiej coś jednak podarować, a z trzeciej należycie podziękować przedszkolankom za opiekę nad Frankiem przez cały rok? Który, nawiasem mówiąc, był cholernie dla niego trudny - nowy dom, nowe przedszkole, nowi koledzy, a jakby było mało - zupełnie obcy język! Te kobiety naprawdę się napracowały, by Franek jak najmniej boleśnie przeżył całe to zamieszanie, a efekty ich pracy widać już dziś - mały chętnie chodzi do przedszkola, jak na swój wiek bardzo ładnie już "szprecha", a wisienką na torcie była ostatnia sytuacja, gdy z głośnym oburzeniem zapytał, dlaczego on musi wracać do domu tak szybko, skoro jego koledzy zostają się w przedszkolu dłużej?? :) I choć początki nie były różowe, oj niee, to naprawdę doceniam pracę tych dziewczyn i wiem, ile trudu kosztowało je zajęcie się nierozumiejącym niczego chłopcem.
I o ile nie miałam wtedy jeszcze konkretnego pomysły na prezenciki dla tych pań, to na coś innego wpadłam już sporo wcześniej. Przedszkole synka nosi nazwę Pingwin (taaaak, wiem, śmiesznie) i nazwa każdej grupy to odmiany tego zwierzaka :) W wejściu i głównym holu jest mnóstwo przedmiotów przedstawiających pingwiny - wielki patchwork zajmujący całą ścianę z całym mnóstwem malutkich pingwinków, figurki tych zwierzaków (porcelanowe, szklane, pluszane itp), książeczki z pingwinami w rolach głównych, kubeczki, obrazki i wiele, wiele innych. Raz stojąc tam i czekając na Franka, któremu ciężko było kończyć zabawę, dokładnie sobie obejrzałam całą tą menażerię. I doszło do mnie, że jednego pingwina tam brakuje - nie było żadnego zrobionego na szydełku!!! Oj, to znak z góry dla mnie! :) Oprócz jakiś drobiazgów dla swoich pań Franek podaruje też coś od siebie/od nas całemu przedszkolu - powiedzmy, że na wieczną rzeczy pamiątkę ;)
Z gotowym pomysłem reszta poszła w miarę szybko. Znalezienie wzoru - minutka (korzystałam
z tego), zrobienie zwierzaka - nieco dłużej, ale bez żadnych niespodzianek. Wzór rewelacyjnie rozpisany, zdjęcia bardzo ułatwiają robotę, no i nauczyłam się w końcu robić paluszki :) (bądź popcorn, bądź bobble). Robiony szydełkiem nr 3, włóczka to chyba Yarn Art Jeans. Chciałam by pingwinek miał nieco przechyloną główkę, tak jak dzieci które zadają pytania, ale nie wiem, czy ostatecznie dobrze to widać... Zrezygnowałam jedynie z czapki, zastępując ją wiązaną pod szyją małą kokardą. Pluszaka zapakujemy w celofan, damy wstążki i właaaala! - ozdoba przedszkolnej kolekcji gotowa! Zdjęcia, jak to u mnie, zawsze robione w biegu, bo dosłownie tuż przed zapakowaniem w folię.
I całe szczęście, że wtedy w miarę szybko ogarnęłam pingwina do końca! Niby na korytarzu wisiała karteczka z datą wakacyjnej przerwy... niby zapisałam sobie tę datę w pamięci... ale żeby zajrzeć do kalendarza i sprawdzić jaki to dokładnie dzień - o nie, na to już nie wpadłam! Więc idę sobie na luzie po swojego chłopca, nieco się dziwię czemu tak mało dzieci, rozglądam się po tych ciut pustych korytarzach... Coś mi zaczęło nie pasować dopiero wtedy, jak wszystkie kobitki zaczęły po kolei ściskać Franka... Halo, ale o co chodzi? Szybki w tył zwrot i pędzę przeczytać jeszcze raz ulotkę, wyszarpuję z czeluści torebki telefon, sprawdzam datę i o matko! Pochrzaniły mi się dni! Ostatni dzień jest dziś, nie jutro! Wracam po synka, lecimy jak wariaty do auta i dawaj do domu! Dziękowałam po drodze swemu aniołowi stróżowi, że wbrew wrodzonemu "zrobi-się-jutro" pingwin leży zapakowany i czeka! Jeszcze tylko szybki nalot na supermarket, bez zbytniego przyglądania się bukiecikom złapałam kilka sztuk i wracamy do przedszkola! Mały zdezorientowany, ja z obłędem w oczach, ale się udało - panie na szczęście nie zdążyły nam uciec i wszystkie prezenciki zostały wręczone. Gdy ja ukradkiem ocierałam spocone czoło, Franek po raz drugi zbierał buziaki - cóż, jakaś kindersztuba być musi, za trud w wychowanie trzeba podziękować, choćby nawet biednie wyglądającym i nieco uschniętym badylkiem :) Jedna z przedszkolanek złapała nas jeszcze przed samym wyjściem i dziękując powiedziała, że pierwszy raz dostała na "koniec nauki" kwiatek od dziecka! Hę? Wiedziałam, ze tu jest nieco dziwnie, ale żeby aż tak???? I mimo tego, że moje plany swoje, a życie swoje, wszystko się dobrze skończyło :)
I żebyście tylko nie myśleli, że ze mnie taka skończona niemota - ostatni dzień przedszkola był w... czwartek! No kto mądry robi takie coś? :)
buziaki
P.
Jeśli przebrnęliście przez tekst bez jednego ziewnięcia, to w nagrodę - zdjęcia :) Zapraszam! :) Chwilowo bez logo - kompik wrócił z gruntownego czyszczenia i jeszcze nie ogarnęłam swoich komputerowych śmieci :)
Profilowe z jednej strony...
... i z drugiej
Tu teoretycznie przechylam główkę...
...a tu podpieram się uroczym kuperkiem :)
Jedna fotka z lotu ptaka...
Rzut okiem na me słodkie paluszki :)
Puszczam oczko na do-widzenia i zmykam! :) Baj-baj!