poniedziałek, 12 grudnia 2016

Oj, niedługo się zaróżowi!

        Choć wszędzie dookoła w blogosferze dominuje od dawna temat świąt, wszędzie tylko o bieli śniegu, zieleni choinki i czerwonych skarpetach wiszących na kominku, u nas jak zwykle na opak! :) Tak, w tytule nie pomyliłam się z niczym -niedługo będzie więcej różu! A to za sprawą pewnej małej istotki, która wkrótce nas nawiedzi :) I choć zarzekałam się na wszystkie mi znane świętości, że nie popadnę w różowo-koronkowo-słitaśny amok - cóż, stało się! Na szczęście mogę poszaleć tylko delikatnie, w drobnych dodatkach do pokoju, ponieważ mała będzie na początku z nami. I tak od jakiegoś czasu na rękodzielniczej tapecie króluje (nielubiany przeze mnie wcześniej) ten banalnie dziewczyński róż...
        Przed wami pierwsza z serii różowych dekoracji pokojowych. Mam tylko nadzieję, że jak mała nieco podrośnie to dekoracje zmienią swój charakter na bardziej użytkowy :)
        Wzór na tego kiciusia miałam już od dawna zapisany na dysku. Ja korzystałam akurat z rosyjskiego wzoru (dzięki Małżu za pomoc przy opisie :*), ale ostatnio trafiłam na ten sam wzór rozpisany po angielsku - dla chętnych kliknij tutaj. Robi się go naprawdę przyjemnie, jedyną zmorą było dla mnie wyszywanie oczu. Cała pannica, od czubka buta po uszy, ma 35 cm. Zrobiona z antyalergicznej włóczki dla dzieci Nako Ninni Bebe. Przy spódniczce nieco pokombinowałam, gdyż koniecznie chciałam zrobić taką z pomponami w środku - gdzieś kiedyś ten pomysł zobaczyłam i został mi w głowie.

Zapraszam :)




To ujęcie żywcem ściągnęłam ze strony autora wzoru - ma coś w sobie :)



             Tu kicia w duecie z szydełkowym sercem. Słaba wola zaowocowała kupnem kilku motków włóczki Himalaya Dolphin i to jest moja pierwsze podejście do niej. Cudooooownie przytulaśna, ale dopatrywanie się oczek podczas robienia to jakiś koszmar. Na serducho poszedł jeden cały motek, ma ok. 20 cm.
              Przy sercu korzystałam ze schematu (tutaj), który na swoim blogu zamieściła Amelushka- super rozpisany, nie da się niczego pominąć ani źle zrobić. Polecam przy okazji lekturę reszty bloga - czyta się świetnie, tematy są tak różnorodne, że każdy znajdzie coś dla siebie, a ja po cichu zazdraszczam jej lekkości pióra :)




I jak wam się podoba?
Buziaczki
P.

czwartek, 24 listopada 2016

Królisia

                     Królisia jest bodajże moją pierwszą szydełkową maskotką, którą nie boję się pokazać światu (była robiona jeszcze przed pingwinkiem) :) Moje początki z amigurumi były... no cóż, próbami, i nie zawsze wychodziły tak idealnie, jak je sobie wymarzyłam. Szukając niedawno czegoś w bezdennych pudłach z zabawkami trafił w moje ręce pierwszy szydełkowy króliczek zrobiony dla Franka, i jak spojrzałam na to małe szkaradzieństwo to aż mi się łezka wzruszenia w oku zakręciła... ach, głupia ja! :)
                     Poniższą królisię robiłam w całości ze schematu, pilnując liczby oczek jak własnej głowy :) Co prawda pokiełbasiłam coś przy dekolcie i długości sukieneczki, ale w ostatecznym rozrachunku źle nie wyszło. Od siebie dodałam tylko typowo dziewczyńskie elementy - zalotne rzęsy i malutkie biżu :)  Schemat (po polsku!) wkleję przy najbliższej sposobności, gdyż mój staruszek laptop zgłupiał i pogubił część zapisanych stron. Zdaję sobie oczywiście sprawę, ze schemat należy do tych prostszych, wyższej filozofii tu nie ma, ale Rzymu od razu też nie zbudowali... :)

Tu nieco wstydliwe ujęcie, jeszcze bez garderoby :)

Tu już w pełnej krasie :)



Z moim (wtedy jeszcze) pięknym rocznicowym storczykiem...

I gotowa do podróży :)


Buziaczki
P.

środa, 2 listopada 2016

Prawie-zimowy komplet

          Ostatni post mnie samej po czasie zaczął zalatywać grafomanią, więc dziś ograniczę słowo pisane do minimum :)
          Uszyłam synkowi komplecik, takie prawie-zimowy. Czemu prawie? Bo u nas takie zimy są, że bardziej przypominają zimną jesień niż ciepłą zimę, o ile śnieg się w ogóle pojawi... Synek zobaczył materiał, synek poprosił, mama siadła i uszyła. Nie kłamiąc - zajęło mi to wszystko z 40 min, z jednoczesną produkcją i konsumpcją herbatki z miodem :) Materiał to dresówka drapana (z misiem od spodu), nie pamiętam już gdzie kupiony, ale na bank upolowałam jakąś 40-cm resztówkę - na jeden komplet wyszło idealnie!

          I czas na zdjęcia...


Jeszcze zoom na wzorek :)

I dwie fotki na modelu. Niestety pozy były w koncepcji "na złodzieja", z kominem po same oczy - inaczej się nie dało :)
Jedna z boku...

...i z przodu :)

Pozdrawiam cieplutko
P.

środa, 19 października 2016

Historia pingwina - zimowego zwierzaka, która wydarzyła się latem a opisana została jesienią...

                Długo, oj długo siedziałam nad tytułem niniejszego posta. Miało być ciekawie, nieco intrygująco, odrobinkę zabawnie, ale i z polotem... Siedziałam i dumałam, aż w końcu przemęczona wiecznie gadającym dzieckiem, paskudną pogodą za oknem i -entą tego dnia stygnącą w kubku herbatą machnęłam ręką! A co tam, krócej się już nie dało :)
                Dziś nieco przydługa historyjka o tytułowym pingwinku :) Na początku sierpnia przedszkole synka zamykało swe podwoje na okres wakacji (łaaaał, całe trzy tygodnie!). Nie miałam wtedy zielonego pojęcia, jak ten ostatni dzień będzie wyglądać, bo w sumie mieliśmy go "przeżywać" pierwszy raz, ale stwierdziłam, że zrobimy go "po naszemu". Czyli jak? A tak, że ubiorę go na niby-na-galowo (żegnajcie codzienne dresiki!) i mały wręczy swoim paniom jakieś małe conieco.
                 Pewnych kłopotów nastręczały mi te małe prezenty. W polskim przedszkolu pani dostaje zwykle kwiatka lub czekoladkę, tutaj nie wydawało mi się to jednak tak oczywiste... I jak to ugryźć, by z jednej strony nie przedobrzyć, z drugiej coś jednak podarować, a z trzeciej należycie podziękować przedszkolankom za opiekę nad Frankiem przez cały rok? Który, nawiasem mówiąc, był cholernie dla niego trudny - nowy dom, nowe przedszkole, nowi koledzy, a jakby było mało - zupełnie obcy język! Te kobiety naprawdę się napracowały, by Franek jak najmniej boleśnie przeżył całe to zamieszanie, a efekty ich pracy widać już dziś - mały chętnie chodzi do przedszkola, jak na swój wiek bardzo ładnie już "szprecha", a wisienką na torcie była ostatnia sytuacja, gdy z głośnym oburzeniem zapytał, dlaczego on musi wracać do domu tak szybko, skoro jego koledzy zostają się w przedszkolu dłużej?? :)  I choć początki nie były różowe, oj niee, to naprawdę doceniam pracę tych dziewczyn i wiem, ile trudu kosztowało je zajęcie się nierozumiejącym niczego chłopcem.
                   I o ile nie miałam wtedy jeszcze konkretnego pomysły na prezenciki dla tych pań, to na coś innego wpadłam już sporo wcześniej. Przedszkole synka nosi nazwę Pingwin (taaaak, wiem, śmiesznie) i nazwa każdej grupy to odmiany tego zwierzaka :) W wejściu i głównym holu jest mnóstwo przedmiotów przedstawiających pingwiny - wielki patchwork zajmujący całą ścianę z całym mnóstwem malutkich pingwinków, figurki tych zwierzaków (porcelanowe, szklane, pluszane itp), książeczki z pingwinami w rolach głównych, kubeczki, obrazki i wiele, wiele innych. Raz stojąc tam i czekając na Franka, któremu ciężko było kończyć zabawę, dokładnie sobie obejrzałam całą tą menażerię. I doszło do mnie, że jednego pingwina tam brakuje - nie było żadnego zrobionego na szydełku!!! Oj, to znak z góry dla mnie! :)  Oprócz jakiś drobiazgów dla swoich pań Franek podaruje też coś od siebie/od nas całemu przedszkolu - powiedzmy, że na wieczną rzeczy pamiątkę ;)
                Z gotowym pomysłem reszta poszła w miarę szybko. Znalezienie wzoru - minutka (korzystałam z tego), zrobienie zwierzaka - nieco dłużej, ale bez żadnych niespodzianek. Wzór rewelacyjnie rozpisany, zdjęcia bardzo ułatwiają robotę, no i nauczyłam się w końcu robić paluszki :) (bądź popcorn, bądź bobble). Robiony szydełkiem nr 3, włóczka to chyba Yarn Art Jeans. Chciałam by pingwinek miał nieco przechyloną główkę, tak jak dzieci które zadają pytania, ale nie wiem, czy ostatecznie dobrze to widać... Zrezygnowałam jedynie z czapki, zastępując ją wiązaną pod szyją małą kokardą. Pluszaka zapakujemy w celofan, damy wstążki i właaaala! - ozdoba przedszkolnej kolekcji gotowa! Zdjęcia, jak to u mnie, zawsze robione w biegu, bo dosłownie tuż przed zapakowaniem w folię.

                 I całe szczęście, że wtedy w miarę szybko ogarnęłam pingwina do końca! Niby na korytarzu wisiała karteczka z datą wakacyjnej przerwy... niby zapisałam sobie tę datę w pamięci... ale żeby zajrzeć do kalendarza i sprawdzić jaki to dokładnie dzień - o nie, na to już nie wpadłam! Więc idę sobie na luzie po swojego chłopca, nieco się dziwię czemu tak mało dzieci, rozglądam się po tych ciut pustych korytarzach... Coś mi zaczęło nie pasować dopiero wtedy, jak wszystkie kobitki zaczęły po kolei ściskać Franka... Halo, ale o co chodzi? Szybki w tył zwrot i pędzę przeczytać jeszcze raz ulotkę, wyszarpuję z czeluści torebki telefon, sprawdzam datę i o matko! Pochrzaniły mi się dni! Ostatni dzień jest dziś, nie jutro! Wracam po synka, lecimy jak wariaty do auta i dawaj do domu! Dziękowałam po drodze swemu aniołowi stróżowi, że wbrew wrodzonemu "zrobi-się-jutro" pingwin leży zapakowany i czeka! Jeszcze tylko szybki nalot na supermarket, bez zbytniego przyglądania się bukiecikom złapałam kilka sztuk i wracamy do przedszkola! Mały zdezorientowany, ja z obłędem w oczach, ale się udało - panie na szczęście nie zdążyły nam uciec i wszystkie prezenciki zostały wręczone. Gdy ja ukradkiem ocierałam spocone czoło, Franek po raz drugi zbierał buziaki - cóż, jakaś kindersztuba być musi, za trud w wychowanie trzeba podziękować, choćby nawet biednie wyglądającym i nieco uschniętym badylkiem :) Jedna z przedszkolanek złapała nas jeszcze przed samym wyjściem i dziękując powiedziała, że pierwszy raz dostała na "koniec nauki" kwiatek od dziecka! Hę? Wiedziałam, ze tu jest nieco dziwnie, ale żeby aż tak???? I mimo tego, że moje plany swoje, a życie swoje, wszystko się dobrze skończyło :)
                   I żebyście tylko nie myśleli, że ze mnie taka skończona niemota - ostatni dzień przedszkola był w... czwartek! No kto mądry robi takie coś? :)

buziaki
P.


Jeśli przebrnęliście przez tekst bez jednego ziewnięcia, to w nagrodę - zdjęcia :)  Zapraszam! :) Chwilowo bez logo - kompik wrócił z gruntownego czyszczenia i jeszcze nie ogarnęłam swoich komputerowych śmieci :)

Profilowe z jednej strony...

... i z drugiej

Tu teoretycznie przechylam główkę...

...a tu podpieram się uroczym kuperkiem :)

Jedna fotka z lotu ptaka...

Rzut okiem na me słodkie paluszki :)

Puszczam oczko na do-widzenia i zmykam! :) Baj-baj!


czwartek, 22 września 2016

Wspominając jeszcze lato... Święto Ziół 2016

                Dziś zdam króciutką relację z imprezy, na której.... mnie nie było :)  A widzicie, tak też można! Nie trzeba być czarownicą, nie trzeba umieć spoglądać w przeszłość i czarymary odprawiać, by wiedzieć, że coroczne olsztyneckie Święto Ziół to impreza do-nie-przegapienia! Cóż, ja w tym roku to faux-pas niestety popełniłam i do dziś szczerze żałuję, ale Hexy na całe szczęście są dwie i gdzie jedna nie może, tam druga poleci :)
                Do Olsztynka i tamtejszego skansenu mamy rzut beretem, więc Aga spakowała cały nasz ciągle rosnący majdan w pudła, wzięła do pomocy swoją nieocenioną bratanicę Zuzię i razem ze znajomą ruszyły w świat szeroki klientów szukać. Teraz trzeba przyznać się jednak bez bicia - to całe nasze wystawianie się to tak zupełnie nie jest najważniejsze... Z roku na rok Święto Ziół w Olsztynku przyciąga nie tylko coraz to nowych zwiedzających, ale co najważniejsze - wystawców. Pan Robert z dyrekcji Skansenu bardzo pilnuje, by wystawiali się twórcy regionalni, począwszy od rękodzielników a na swojskich wyrobach kończąc (zero chińszczyzny!). Kto był - ten wie. Kogo nie było - niech żałuje, bo nie być tutaj to grzech! :) Jest wszystko czego dusza (i żołądek) zapragnie! Niestety my nie dysponujemy zdjęciami kolegów-wystawców, ale "wujek gugyl" jest nieoceniony i pokaże nam wszystko. Ja miałam relację z pierwszej ręki, ale mimo tego i tak poszperałam wśród zdjęć w sieci ... i przepadłam! Ech, dwie dojrzane tam rzeczy nawet mi się po nocach śniły :)
            Jednak wystawcy to jeszcze nie wszystko. Ta impreza ma pewien bardzo specyficzny klimat, który jest mi ciężko opisać. Hmmm, jest tam... tak sielsko, spokojnie, sympatycznie, tak... tak po prostu fajnie! To niesamowite miejsce, które "żyje" naprawdę! Program imprezy jest tak ułożony, by każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Różnego rodzaju warsztaty (o których wspomnę jeszcze niżej) dla dzieci i dorosłych, pokazy tańców i śpiewów regionalnych, pijalnie ziół, tematyczne wystawy w chatach skansenu, no długo by jeszcze wymieniać. Trzeba zarezerwować sobie cały dzień, by móc nacieszyć się wszystkim... bez pośpiechu.
           Warsztaty... tu wiadomości mam od Zuzi, która niestrudzenie obleciała wszystko co możliwe :D Podobno najlepsze były warsztaty czerpania papieru i absolutny hit - ozdabianie tkanin pięknymi roślinnymi motywami. Tu nasza bohaterka złapana w obiektyw :)


Tutaj nasze skromne stoisko :)

Jak Aga robiła rundkę po budach, na miejscu zostawał pomocnik :)

Zuziu, stokrotne dzięki za pilnowanie interesu :)

Buziaki
P.

poniedziałek, 5 września 2016

Filc, leśne motywy, połamane igły = dobry czas

          W  filcowaniu ciekawe jest dla mnie nadawanie robionym rzeczom formy... i oczywiście kolor. Bardzo lubię też w czesance plastyczność, to że można ją dowolnie formować. Ale przekonałam się, że zrobienie zwykłej kulki na korale nie jest wcale proste. Żeby ją zrobić dobrze, trzeba się postarać.
         Przez słabość do kolorów i ich odcieni mam spory zapas czesanki - ale nic to, się nie zmarnuje - przetworzę:)....chyba:) Jak nie wypadnie w międzyczasie "coś" innego:) 
Z czesanki powstały mini sakiewki z biglem (metalowym zapięciem). Dlaczego akurat takie? Bo zaintrygowała mnie ich forma, dlaczego nie mają szwów? i jak można dopasować taką formę do zaokrąglonego bigla?  Poszukałam, obejrzałam i zrobiłam, cztery igły połamałam, ale się da. Dla zainteresowanych link do filmiku tutaj . Właściwie to nie wiem czy są to sakiewki-portfeliki, ja trzymam w nich suszoną lawendę. I ozdobiłam je drobnymi motywami kwiatowymi, bo "czegoś" mi brakowało.


         We wspominanym już międzyczasie również powstały "przypinki" w wyszywane motywy kwiatowe, leśne, na szarym płótnie. I trafiłam na ciekawego bloga "hafciarskiego" pani Marty, zerknijcie i popatrzcie, jakie cuda tworzy!!! 


          Kolejny "międzyczas" :) to dzianinowe wiewiórki-zagłówki, akurat były potrzebne no i mają ciekawą formę.

          Na końcu powstały torby -  trafiłam na ciekawe grafiki i nie potrafiłam się powstrzymać, żeby ich nie przetransferować i "krzywo" naszyć (akurat tego typu "naszycia" bardzo mi się podobają, "niby" byle jakie).




do następnego
Ag.

wtorek, 30 sierpnia 2016

Bzika ciąg dalszy!

              Prawie dwa lata temu pokazywałam Wam (o tu) mojego małego nieszkodliwego bzika. Od tego czasu nieco się zmieniło - kolekcja się nieco powiększyła. Nie za dużo, tylko nieco, bo i obiekt kolekcjonowania trudny do zdobycia. Z dziką radością w sercu chce się pochwalić ostatnim łupem - dzięki Małżu za twe bystre oko! :)
              Do rodzinnej "szyciarni" po ostatnim sobotnim ryneczku dołączyło takie małe, niepozorne, niebieskie coś. Prawda, że urocze? :)

A tutaj już z całą resztą ferajny :)  Dwie duże wypatrzone na popularnym serwisie, malutkie to efekt szperania na starociach.

A to śliczne beżowe maleństwo przyjechało do mnie aż z Malty (Bracie, Siwa - dzięki!).


I tak powoli, ślamazarnie, acz w miarę systematycznie, ta moja kolekcja żyje swoim życiem i jakoś rośnie. Może kiedyś kieeeeedyś uda mi się namówić Małża, by sklecił jakąś półeczkę na nią, co by się ładnie eksponowała i jeszcze bardziej cieszyła moje oko :)

poniedziałek, 4 lipca 2016

Babski komplecik

Co powinno się znaleźć w każdej babskiej torebce? Ano babski komplecik, na typowo babskie sprawy :) Te poniższe były już szyte tak daaaaawno, że nawet szkoda mi szarych komórek na przetrząsanie swojej pamięci :)  Jeden szyty konkretnie pod zamówienie, drugi powstał niejako z rozpędu. Jeden z bawełny, drugi z dresówki. Jeden w groszki, drugi jednolity.







Za cholerkę nie wiem, co się tu stało ze zdjęciami... Na komputerze wszystko ok, a tu są tak paskudnie prześwietlone :/ Pozostaje nam chyba tylko mrużyć oczy...

buziaki,
P.

środa, 8 czerwca 2016

O tym, że tkaniny miewają swoje odnalezione historie... a świat jest jednak mały...

                To będzie krótka szyciowa notka z lekkim zacięciem historycznym... albo historyczna notka z lekkim zacięciem szyciowym? W każdym bądź razie, historia nader ciekawa, a my takie rzeczy darzymy wielkim sentymentem :)

                Kilka lat temu dostałam maila od pani Klary, pracownicy Państwowego Muzeum Etnograficznego w Warszawie. Prowadziła ona "śledztwo etnograficzne" - szukała osób przesiedlonych z Wileńszczyzny i Lwowszczyzny, będących autorami tkanin i ubrań należących do zbiorów Muzeum. Jedną z takich osób była Helena Świłło.
                 Pani Klara znalazła mnie poprzez jedno z forów genealogicznych - kiedyś interesowałam się trochę pochodzeniem swojego nazwiska. Od słowa do słowa wyszło nam, że szukana pani Helena to co prawda nie moja rodzina (mimo takiego samego nazwiska), a siostra nieżyjącej już sąsiadki mojej babci z małej wsi pod Szczecinem! Resztę tej historii, mi.in. fragment wywiadu z p. Heleną, można przeczytać z tym artykule:
https://etnograficzne.wordpress.com/2012/04/12/tkanina-z-odnaleziona-historia-wprowadzenie-do-nocy-muzeow-2012/.
                Pani Klarze Sielickiej-Baryłko dziękujemy za wyrażenie zgody na tekst.

Pozdrawiam,
Ag.

środa, 20 kwietnia 2016

Powtarzam się...

              Specjalnie zerknęłam, ile czasu minęło od mojego ostatniego "breloczkowego" wpisu. A że minęło go już sporo, to postanowiłam odgrzać kotleta i przedstawiam Wam dziś... taaadam -> breloczki! Pełne zdziwienie, co? :D
             Żeby nie wiało nudą, zamieniłam szydełko na maszynę do szycia. Dostałam kiedyś kiedyś do zamówienia gratis - mały kawałek materiału w wielkie sówki. Leżał całe wieki w szafie, czekając na moją wenę, i nareszcie się doczekał. Samo szycie trwało minutkę, gorzej było z dobieraniem tasiemek i koralików - pomagał mi w tym mój pierworodny i trwało to chyba z tydzień :D
              Nie chwaląc się powiem, że breloczki wyszły niezgorzej ;) Cały czas myślę, którego by tu dla siebie przytulić, ale mam kłopot z wyborem - ciągle się waham między zielonym a brązowo/pomarańczowym :)







I co o nich sądzicie???

Wszystkie sówki mają plecki z dobranej kolorem bawełny w kropeczki, jedynie pomarańczowa/brązowa ma na plecach kratkę. Tu jeszcze zdjęcie rodzinne:



Pozdrawiam
P.